| |
Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka
czwartek, 29 września 2005 || 23:11:40
Moglibyście wszyscy spytać - jak to? Dopiero co zapowiadałeś że się będziesz co tydzień odzywać, a tu koniec? Racja. "I łka puste serce bólem"... Dostałem papiery dnia dzisiejszego. Rano, gdy przyjechałem do seminarium, okazało się, że nie ma mnie na liście. Po chwili wiedziałem już, że ta strona na której teraz jesteście jest tego głównym powodem. Dowiedziałem się, że od dłuższego czasu obserwował ją zarząd i nie tylko. Wyciągali z niej wnioski co do mojego powołania i dalszej formacji. I słusznie. Wprawdzie blog przeznaczony był dla młodzieży, ale osobiście, prosząc o wsparcie, dałem przecież adres kilku kapłanom. Wezwano mnie do rektora i przedstawiono sprawę. Rektor przeczytał mi fragment regulaminu który nieświadomie naruszyłem. Zostałem wydalony za oczernianie Kościoła i seminarium w oczach ludzi... Powiedziałem, że nie rozumiem tej decyzji... Teraz trochę już ją zrozumiałem - powinienem był zapytać najpierw. Całą więc winę zrzucam na moje kochane Qrczaki za wciągnięcie mnie w te całe blogowanie bez kontaktu z siłą wyższą... ;)
Płaczę gdy piszę tą notkę. Na Tlenie i GG otwarte od 3 do 6 okienek. Co 3 minuty przychodzi SMS... Od koleżanek, kolegów, kleryków... Wszyscy są w szoku. Nikt nie rozumie, ani ci co bloga znają, ani ci, którzy nie zaglądali. Opisy przyjaciół na GG... "Nie rozumiem tego"... Ja powoli zaczynam rozumieć. Ten blog to był błąd.
Ale przecież chciałem dobrze! Patrząc na to co dzieje się dziś z młodzieżą i na to, że tak wiele z nich korzysta z internetu, stwierdziłem, że ja - maniak komputerowy - mogę coś z tym zrobić! Poczułem to jako głos Boga, a do tego w sierpniu wpadł mi w łapy list Jana Pawła II "Szybki rozwój" o środkach społecznego przekazu. Pomyślałem, że jeśli ja tego nie zrobię, to nikogo nie namówię! A miałem wakacje! Wiem, że niektóre notki wydawały się zbyt frywolne. Inne - zbyt kontrowersyjne (a jednak sprawa antykoncepcji wszystkich interesuje...). Ale robiłem to, co uważałem za słuszne - starałem się pomóc zabłąkanym duszyczkom. Mam ideały... I udawało się. Jedna, dwie, trzy duszyczki objawiające się w komentarzach. Nie wiadomo ile milczących. Wiedziałem, że Bóg mi w tym pomaga. Ale nie wiedziałem, że to zabronione...
Żal mi, że nikt nie zwrócił mi uwagi. Żal, że dowiedziałem się o tym gdy powinienem się był wprowadzać do pokoju. Ale to mój błąd był i ja za niego dziś odpowiedzieć muszę. To jest dla mnie ogromna lekcja. Lekcja pokory. Żeby się nigdy nie wychylać za krawędź, bo można spaść. Dlatego piszę tę moją ostatnią notkę choć klerykiem już nie jestem. Dziękuję Wam wszystkim za wspólne spędzanie czasu, za niepokojenie mnie swoimi niepokojami... Za to, że oczekiwaliście odemnie pomocy. Dziękuję tym księżom, którzy stali po mojej stronie, nie koniecznie słusznie, ale z wielkim zaangażowaniem. Dziękuję Makocie za wygląd tego bloga (już dziękowałem?), dziękuję przyjaciołom klerykom, z którymi spędziłem wspaniały rok, że są ze mną w modlitwie. Dziękuję czytelnikom bloga, za to, że mimo różnic poglądów (od ateistów do psudo-satanistów) wszyscy trzymali za mnie kciuki, bym wytrwał w powołaniu. I Wam wszystkim, którzy modlicie się za mnie, również dziękuję.
Przepraszam tych wszystkich, których w jakikolwiek sposób uraziłem. Przepraszam tych, którzy źle odczytali moje intencje (a mnie się często zdarza komunikować w dwuznaczny sposób). Przepraszam tych, którzy sądzą, że chciałem umniejszyć Kościół i zrobić z seminarium jakąś melinę. Naprawdę to chciałem by to wszystko wyglądało prawdziwie i by przedstawiało prawdę. By każdy mógł spojrzeć na seminarium i Kościół jako na takie, jakimi są. Nie zaś takie, jakimi pragnęliby je widzieć, czy na takie, jakimi opisują je media. Jednak przepraszam, że mi to nie wyszło, i że niechcący wbiłem szpilę paru wspaniałym osobom. Nie proszę o szansę, przecież to bez sensu. Jednak wiedzcie, że kocham Was wszystkich mocno. I przepraszam, że blog jest zamykany. Nie ma powodu robić inaczej - nie jestem już stuknięty... to jest, nie jestem już klerykiem ;).
Blog "Z pamiętnika stukniętego kleryka" uważam za zamknięty!
komentarze [43]
Indeks notek
Wake me up when September ends
środa, 28 września 2005 || 19:12:04
Już od dawna kołatała się w mojej głowie myśl, że tytuł tej notki muszę zaczerpnąć właśnie z utworu zespołu, który ostatnimi czasy bardzo mi się podoba. Bynajmniej nie dlatego, że treść notki ma odpowiadać treści piosenki Green Daya, ale dlatego, że ma zawierać się właśnie w tych kilku słowach, lekko tylko rozwiniętych (no dobra, zobaczymy co z tego wyjdzie... ;).
Słowa te, tłumacząc na polski, oznaczają "obudź mnie gdy skończy się wrzesień". Dla Green Daya z całą pewnością miały inne znaczenie niż dla mnie, ale nie przeszkadzało mi to w użyciu ich. Co dla mnie znaczy pobudka pod koniec września? Wracam do domu. Do tego drugiego domu, w Radomiu. Do seminarium. Jutro. Właściwie dziś jest mój ostatni dzień wakacji, ostatni dzień laby od nauki, od regulaminu, od obowiązkowej modlitwy. I cieszę się z tego. Od dłuższego czasu nie mogę się już doczekać by wrócić. By wreszcie usiąść w ciszy przy biurku, włączyć ukochane Radio Plus, zaparzyć sobie kawę i wziąć do ręki pióro - zacząć pisać. Albo Pismo Święte i zacząć czytać... Nie przejmować się brzęczeniem telewizora, bo go nie mam. Mryganiem komputera (i nieziemskim pociągiem do niego), bo miną wieki nim go sobie kupię. Wreszcie na nowo się odnaleźć. Znów kłaść się o 22 i wstawać o 6 rano. Znów jeść tuczące żarcie smażone czy gotowane na masową skalę i tym razem starać się nie przytyć. Znów czuć że Bóg jest. Zawsze i wszędzie. I znów modlić się, by do następnych wakacji utrzymać to uczucie. Wracam. I dziękuję Bogu, że mam po co.
Pierwsze z wielu postanowień jakie podejmuję to skończenie z nałogiem internetowym. Internet w seminarium ma to do siebie, że dostępny jest jedynie w kafejce, tzw. internetowni. Klerycy nie mogą posiadać internetu podłączonego pod prywatny komputer. W zeszłym roku stopniowo zmniejszałem użytkowanie przeze mnie internetu, aż wreszcie udało mi się niezwykle je zredukować. Jednak gdy tylko przyszły wakacje - natychmiast znów zacząłem spędzać godziny przed komputerem. Wiem jednak, że w drugim domu będzie o wiele łatwiej. Dlatego właśnie jednym z postanowień "noworocznych" jest ograniczenie netu do godziny tygodniowo. To pozwala przypuszczać, że i notki tu przestaną pojawiać się co 2-3 dni, tak jak bywało to do dzisiaj. Postaram się zasadzać coś ciekawego raz na tydzień, najrzadziej co dwa tygodnie. Nie częściej jednak. Musicie liczyć się także z brakiem odpowiedzi w komentarzach... I brakiem komentarzy na Waszych blogach... Wiem, że nadużywanie internetu źle wpływa na moją formację, a mam nadzieję, że cała ta sytuacja nie odbije się na Was negatywnie ;).
Przed wyjazdem chciałbym zareklamować kilka stronek. Właściwie są to te same stronki, które możecie znaleźć na dole, w linkowni. Zacznijmy pokolei:
Jasmine - jest to moja druga strona, na której tworzymy wspólnie niekończącą się historię fantasy. Jeśli ktoś lubi pisać, zapraszam do zabawy!
Blog Fudiego, czyli blog nie taki jak ten - to pamiętnik znajomego satanisty ;). Jeśli kogoś nie przeraża ciemna strona mocy - niech zajrzy...
Qrczak Sznapi i Qrczak Drakulak - dwa blogi kochanych Qrczaków nie będące wśród tych mylogowych.
Forum młodzieżowe - to akurat moje ulubione młodzieżowe forum, na którym często biorę udział w dyskusjach.
No i wreszcie ulubione:
Makota, Bartek i Qrczak Expugnis to rada rządząca Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków, a zarazem moi najbliżsi przyjaciele, których kocham jak rodzeństwo (jeden z nich to faktycznie mój brat). Dzięki, Qrczaki, za wszystko i za wczorajszego grilla też!
Karol to jeszcze jeden z naszych zwariowanych Qrczaków.
Animaedimidium, Serafinka oraz Ania to grupka kochanych dziewcząt wspierających mnie mocno swoją wiarą i nadzieją, czasem tylko wykłócających się o szczegóły ;).
Qrczak Magda, prowadząca Boski blog i nie waham się pisać go dużą literą. Można zaliczyć i do Qrczaków i do kochanych dziewcząt.
I wreszcie Nasze Powieści to blog o tematyce podobnej do Jasmine. Bardzo ulubiony.
Jeśli chcecie dostać się pod któryś z tych adresów, kliknijcie na jego nazwę, albo złapcie go w linkach!
Tak więc znikam. Znikam i dziękuję Wam wszystkim. Dziękuję tym którzy mnie czytają stale, tym którzy czytają na wyrywki, tym którzy komentują i tym, którzy nie komentują nigdy. Dziękuję głównie Makocie, która zrobiła mi szablon, Bartkowi i Expugnisowi za to że mnie gorąco wspierają. Kabaczkowi Filetowi Anecie za radość jaką mnie obdarzyła w ciągu ostatnich dni. Dziękuję Zwariowanym trzem duszyczkom - Ani Amerykance, Animaedimidium i Serafince (z których jednej jest tylko połowę) za pomoc i wsparcie. Dziękuję Magdzie "Metalowcy" za to, że powróciła do swojego Boskiego bloga. Ani mojej sąsiadce dziękuję za to, że spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o powołaniu i że kilka razy też mnie skomentowała. Sznapiemu dziękuję, że jest taka kochana i tak się cieszy na każdą kolejną notkę. Podziękowania ślę w stronę Qrczaka Recydywisty Dominiczki, której nie ma narazie wśród Qrczaczków, ale wkróte będzie... Kochamy Cię Dominiko i prosimy, pamiętaj o Qrczakach. Dziękuję Ci za długie rozmowy na skomplikowane tematy... Karolowi i Drakulakowi też dziękuję. Devis i pozostałym powieściowiczom dziękuję za miłą współpracę przy pisaniu historii i za kilka kommentów u mnie. Dziękuję Mietkowi Pijakowi który dziś komentuje jako Kamil, bo się nawrócił (sic!) i przynajmniej słabiej wali poniżej pasa. Fudi - Tobie dziękuję za szacunek do mojej prawdy która zawsze będzie prawdziwsza niż Twoja prawda, choć też ją szanuję ;). Dziękuję Coexist za to, że mi wybaczył i przyjął wybaczenie odemnie. Dziękuję też Maggie B. za podpowiedzi i porady. Bartkowi i Łukaszowi, moim największym wrogom, a zarazem najlepszym przyjaciołom dziękuję za to, że czytają to wszystko i milczą, choć czasem naprawdę chcieliby wypalić z grubej rury. Również podziękowania kieruję w stronę księdza Jarka, za to, że "ta strona jest znana" ;). I wszystkim innym, którzy są tu, czuwają, zostawiają pojedyncze komentarze i tym, którzy nie zostawiają. Dziękuję Wam, za to, że dzięki Wam ten blog działa i będzie działał. Tylko trochę rzadziej...
Ale ale! Ja nie znikam na zawsze! Dla niektórych z Was mogę wogóle nie zniknąć! Nie wspomniałem bowiem o jeszcze jednym moim, bardzo ukochanym hobby, czy, że się tak wyrażę - charyzmacie. A jest to pisanie listów! No właśnie. W komentarzach nie będę odpowiadał. Ale jeśli dostanę list odpowiem na niego z całą pewnością i radością ogromną. Więc jeśli potrzebujecie pomocy, wsparcia czy umocnienia wiary, albo zwykłej, prostej, niezobowiązującej korespondencji, piszcie:
(...)
ul. Młyńska 23/25
26-600 Radom
POLAND
(ostatnie dla ludzików zza granicy)
To wszystko. Wyjeżdżam. Wracam do domu. Będę się odzywał, a jeśli napiszecie - odezwę się na pewno. Pora wstać, bo wrzesień się kończy! Kocham Was i obiecuję swoją modlitwę. Jak tylko spowrotem wejdę w jej rytm. Niech Was Bóg błogosławi i strzeże!
komentarze [15]
Indeks notek
Kleryk też człowiek
poniedziałek, 26 września 2005 || 12:16:58
Jak zapowiedziałem zamieszczam notkę mającą na celu rozwiązanie wszelkich nieporozumień związanych z tą poprzednią (zwłaszcza dla tych, którzy nie czytają komentarzy). Wprawdzie zarzekałem się, że od tej pory będą pojawiać się tylko notki w stylu "Ja, Kościół", ale w sumie to nie jest pamiętnik stukniętego Kościoła... Poza tym każdy człowiek jest, był i będzie prywatną osobą, choć od księży - no właśnie - wymaga się bycia osobą społeczną.
Nazywam się (...). Mam 20 lat i od roku jestem klerykiem Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu. Klerykiem w pierwszej kolejności, bo potem jestem jeszcze studentem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Wydziału teologicznego w Radomiu. Całe moje życie podporządkowane jest tym dwóm sprawom, połączonym zresztą w jedną pełną formację kapłańską (i dziwię się klerykom, którzy mówią - "Formacja duchowa sobie, nauka sobie"). Ale to, że formacja zajmuje w mym życiu dominujące miejsce i wszystko jej podlega nie oznacza, że przestałem być Mateuszem Gajkiem.
Ksiądz rektor, gdy zdaliśmy egzamin do seminarium powiedział nam, że od tej pory jesteśmy klerykami i będziemy musieli zmienić swoje życie. Może już nie pamiętał czasów swej młodości... Okazuje się, że nic nie trzeba zmieniać. Życie samo się zmieniło. Nagle okazuje się, że zaczynają cię razić bardziej ataki na Kościół, że bardziej razi zachowanie ludzi, że nieraz trudno znaleźć wspólny język z dawnymi przyjaciółmi. Dusza się uspokaja przy okazji, przez częstsze (regulaminowe) obcowanie z Bogiem, więc nawet upodobania dotyczące muzyki łagodnieją. Ale nie przestałem kochać muzyki samej w sobie. Nie straciłem zainteresowania fantastyką, nie przestałem zbierać klocków lego. Może tylko zapał dotyczący Pokemonów lekko osłabł (ale jest nas dwóch takich świrusów, więc mam pewność, że to nie zniknie do końca ;). W dalszym ciągu wychodzę z założenia, że dziewczyna jest z natury piękna i w momencie kiedy lekarz mówi, że to córka - jest pewne, że będzie piękna. Moje życie się zmieniło, ale nie zmienił się sam człowiek, którego Bóg rok temu powołał do kapłaństwa.
Jestem człowiekiem. Mam swoje słabości, jedne grzeszne, drugie mniej. Z tymi pierwszymi walczę, nie jak na kleryka, ale jak na człowieka przystało. Drugie kocham i nie zamierzam z nimi walczyć dopóki sumienie nie zacznie walczyć. Bardzo lubię dziewczyny i od jakiegoś czasu dużo łatwiej mi się z nimi rozmawia niż z facetami. Na dzisiejszy dzień jestem niemal pewny, że zostanę duszpasterzem kobiet i to nie ze względu na jakieś tam dobory, ale właśnie dlatego, że mam banalnie łatwy kontakt z dziewczynami. Lubię też bardzo te mniejsze dziewczynki, a one (z niewiadomych powodów) lubią także mnie. Zdarzyło się, gdy miałem 16 lat, że na koloniach trzy pięciolatki chciały ze mną chodzić, a pozostałe maluszki plątały się za mną na różne sposoby mnie przedrzeźniając. Taki już jestem, takim stworzył mnie Bóg. I jestem mu za to wdzięczny.
Do tego jestem bardzo kochliwy. Potrafię się zakochać w dziewczynie prawie bez powodu. Taka moja natura, sentymentalna. Ale czy to przeszkadza w powołaniu? W pewnym sensie na pewno. Jednak jasną jest rzeczą, że wszystko zależy od tego, jak bardzo komuś zależy na powołaniu. Ja wiem, że zakochanie jest zwykłym uczuciem, które może przyjść na człowieka w najmniej spodziewanym momencie. Ale od tego człowiek ma rozum, by sobie z tym radzić. A od tego jest Bóg, by mu w tym pomagać. Ostatnio mój sentymentalizm pokierowny przez Boga sprawia, że zakochuję się w ludziach od których bije Duchem Świętym. Już nie kocham się w dziewczynach, ale w Chrystusie, który przez nie przemawia. Dziś już nie boję się zakochania.
Lubię poimprezować. I lubię alkohol. Ale ale, to że lubię alkohol, nie znaczy, że go piję! I to nie odkąd wstąpiłem do seminarium, ale odkąd skończyłem 17 lat nie piję alkoholu. Dziś byłyby to już 3 lata. Przestałem pić ze względu na Gosię i nasze przyszłe dzieci. Dziś nie piję z innych powodów. I nie przeszkadza mi w tym to, że lubię alkohol. Za to imprezy nie mogę sobie odpuścić. Tak to już jest, są ludzie którzy grają w szachy, a są tacy, którzy tańczą na dyskotekach. Ja przez prawie 9 miesięcy nie mam możliwości (i szczerze mówiąc nawet ochoty) do imprezowania, ale gdy nadchodzą wakacje, chętnie udaję się na jakiś koncert czy zwykłą dyskotekę. Właśnie niedawno byłem na jednej z Qrczakami i muszę powiedzieć, że byłem ku temu największym podżegaczem. Poprostu naprawdę lubię się zabawić. Jestem człowiekiem.
O uzależnieniu od netu opowiadać nie będę. Ostatnio i tak obowiązuje ono jedynie w wakacje. Nie będę się też rozpisywał o wakacyjnych kłopotach z modlitwą i mojej niezwykle nerwowej naturze. Jestem klerykiem. Ale jestem też człowiekiem, takim jak Wy wszyscy. Z ludzkimi słabościami i ludzkim (niestety) spojrzeniem na świat. Staram się być lepszy. Staram się promieniować Duchem Świętym. Ale nadal jestem człowiekiem i zawsze nim będę. A Jezus mówił "Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników". Ci którzy mnie znają wiedzą, że staram się być blisko Boga. Ale oni mnie znają jako człowieka...
komentarze [13]
Indeks notek
Wesołe jest życie kleryka
niedziela, 25 września 2005 || 00:52:09
Ta notka zostaje dodana dla zażegnania przykrej sytuacji po pojawieniu się notki poprzedniej. Takie rozluźnienie. O narkotykach może coś napiszę, Drakulak, ale innym razem. Muszę konkretnie wiedzieć co mógłbym napisać. No ale ruszajmy.

Oto zdjęcie. Zdjęcie które z radością zatytułowałem "Wesołe jest życie kleryka". Na tym zdjęciu jestem ja, oraz dwie dziewczyny - Kasia i Sandra. Co my robimy na tym zdjęciu? Postaram się to króciutko wytłumaczyć...
W Polsce ostatnio odbywała się peregrynacja (pielgrzymka) relikwii świętej Tereski od Dzieciątka Jezus. W tym czasie gdy akurat przebywały one w Radomiu, odbywały się również święcenia diakonatu. Byliśmy więc całym seminarium na tychże święceniach w katedrze. Ja śpiewam w chórze. Nagle podchodzi do mnie jeden kolega i pyta, czy nie chciałbym wziąć udziału w szalonym przedsięwzięciu. Z początku się wahałem, ale jak dowiedziałem się, że ma to związek z pięknymi kobietami, natychmiast się zgodziłem ;). Po święceniach mieliśmy obaj zejść do zachrystii i tu... przebrać się w ciuchy imitujące ubrania z XIX wieku. Czyli, okazało się, mieliśmy robić za prywatną obstawę św. Tereski, która wtedy właśnie żyła. Najciekawiej się jednak zrobiło gdy przyszły dziewczyny... Te dwie na zdjęciu są w liceum, dwie pozostałe były z gimnazjum. A ponieważ kolega jest niższy, to oddałem mu tamte i wraz z Kasią i Sandrą zajęliśmy miejsca w powozie. A potem się zaczęło... Dziewczyny na wszelkie sposoby (o których nie będę się rozpisywał, bo i po co?) próbowały sprawić, bym zrezygnował z seminarium. Oczywiście im się nie udało, ale były blisko ;). Kolega który robił zdjęcia mówił: "Uważaj, zdjęcia trafią do rektora!" ale czułem się bezpieczny. W końcu we wszystko wciągnął nas ojciec duchowny ;).
Po mszy świętej w kościele garnizonowym poszliśmy z dziewczynami na lody. Do dziś utrzymujemy kontakt. Do dziś się zastanawiam ;)...
komentarze [18]
Indeks notek
Słów kilkoro o antykoncepcji
piątek, 23 września 2005 || 01:44:46
Ponieważ moja "akcja pojednawcza" nie wyszła tak jak wyjść miała, nie ma się co rozpisywać. Zajmę się więc tym, czym obiecałem się zająć, choć temat jest niezwykle skomplikowany. Zanim to, dodam jeszcze, że z ulubionych wykosiłem wszystkich którzy mieli podstawowy avatarek. Lubię mieć ładną wystawkę ;).
No, ale już do tematu. Temat poddała pod obróbkę Animaedimidium i dziękuję Jej za to serdecznie. A choć jest trudny, to podstawka zahaczona przez Ciebie jest niezwykle prosta. Wspomniałaś bowiem o tabletkach które blokują jakieśtam hormony. Dlaczego to jest grzechem? Z takiego samego powodu jak palenie papierosów (powiedzmy że w zwiększonej ilości) czy przesadzanie z alkoholem. Dlatego że tabletki antykoncepcyjne trują organizm. I, w przeciwieństwie do pozostałych leków dostępnych w aptekach nie czynią tego w afekcie. Wiadomo, każdy lek jest stworzony po to, by leczyć, ale zawsze ma jakieś skutki uboczne. Głównym celem hormonalnych środków antykoncepcyjnych są natomiast "skutki uboczne" czyli właśnie trucie organizmu. Każda kobieta ma żołądek by trawić, nerki by filtrować, płuca by oddychać i układ rozrodczy by jajeczkować. Tak została stworzona. Tymczasem hormonalne środki antykoncepcyjne powstrzymują jajeczkowanie na cały okres zażywania (co może trwać przez bardzo długi czas). Krwawienie pomiędzy cyklami jest bowiem tzw. krwawieniem z odstwienia, a nie zwykłym miesiączkowaniem. Tak więc przez cały okres zażywania tabletek organizm czeka na swoją kolej. Wyobraźmy sobie żołądek czekający na trawienie, pęcherz czekający na opróżnienie, płuca czekające na oddychanie. Nie jesteśmy w stanie. A układ rozrodczy czekający na normalną pracę, wrodzoną i daną przez Boga, ma podobne skutki. I właśnie to trucie swego organizmu, które ma na celu zażywanie środków hormonalnych tylko dla prostej przyjemności seksualnej, jest grzechem. Oczywiście nie jest grzechem zażywanie owych środków w celach leczenia hormonalnego pewnych dolegliwości, gdy skutkiem ubocznym staje się bezpłodność (tak jest, to się nazywa właśnie bezpłodność. I to bezpłodność z wyboru).
Mam nadzieję że udało mi się naświetlić odpowiednio sprawę antykoncepcji hormonalnej (nie licząc oczywiście skutków bardziej jeszcze ubocznych, bo, jak mówią ulotki dołączone do opakowania, nie udowodniono wpływu środków na ich zwiększoną liczbę). Ale pozostają nam jeszcze mechaniczne środki, takie jak prezerwatywy. Wielki boom na ten środek rozpoczął się głównie po wielkim wybuchu epidemii AIDS. Twierdzono wtedy, że prezerwatywa zatrzyma potworny rozrost tej choroby. W rzeczywistości łatwy dostęp do "bezpiecznego seksu" wielokrotnie zwiększył ilość stosunków nie tylko między małżonkami, narzeczonymi czy chłopakami/dziewczynami (umawiającymi się ze sobą) lecz również z przypadkowo napotkanymi osobami, jak również zmniejszył wiek inicjacji seksualnej. A ostatnie badania dowodzą, że prezerwatywa jedynie zmniejsza, a nie likwiduje ryzyko złapania wirusa HIV czy zajścia w ciążę. Mówi się, że jeśli pory w prezerwatywie porównać wielkością do drzwi pokoju, to plemnik jest piłeczką pingpongową, a wirus - główką od szpilki. Wskutek znanej nam polityki ilość niechcianych ciąż i zachorowań jeszcze się wzmogła. Oto co mam do powiedzenia o bezpieczeństwie seksu z prezerwatywą.
Ale pozostaje ostatnia, najpoważniejsza kwestia. Jest małżeństwo które się kocha, nie zdradza się, ma już tą trójkę dzieci, ona ma nieregularny okres (bo jak wiemy Kościół dozwala, a nawet popiera planowanie rodziny zgodnie z cyklami natury, pod warunkiem wszakże, że każde przypadkowe, nieplanowane dziecko zostanie przyjęte z taką samą miłością). Dlaczego prezerwatywa jest grzechem? Zajrzyjmy co na ten temat mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. "Naturalnej "mowie", która wyraża obopólny, całkowity dar małżonków, antykoncepcja narzuca "mowę" obiektywnie sprzeczną, czyli taką, która nie wyraża całkowitego oddania się drugiemu; stąd pochodzi nie tylko czynne odrzucenie otwarcia się na życie, ale również sfałszowanie wewnętrznej prawdy miłości małżeńskiej, powołanej do całkowitego osobowego daru... Różnica antropologiczna, a zarazem moralna, jaka istnieje pomiędzy środkami antykoncepcyjnymi a odwołaniem się do rytmów okresowych... w ostatecznej analizie dotyczy dwóch, nie dających się z sobą pogodzić, koncepcji osoby i płciowości ludzkiej" (KKK 2370). Znaczenie tych słów jest proste - stosunek płciowy dwójki małżonków powinien być aktem całkowitego oddania się sobie nawzajem w pełnej miłości. Prezerwatywa natomiast, znajdująca się między dwójką małżonków jest przeszkodą na drodze tego oddania się. Oddanie się oznacza poszukiwanie szczęścia (nie przyjemności) drugiej osoby. Antykoncepcja oznacza poszukiwanie doraźniej przyjemności bez zastanowienia się nad ewentualnymi skutkami. Dlatego też antykoncepcja jest sprzeczna z prawdziwym aktem miłości i oddania, powierzenia i zaufania. A co robić by nie używając antykoncepcji nie mieć dzieci gdy nie można ich mieć? Wstrzemięźliwość to wspaniała cnota. Niesamowita, pokazuje bowiem to, że nie musimy być zależni od prostych uczuć i namiętności, że energię możemy spożytkować na tysiące różnych sposobów, a brak aktywności seksualnej nawet przez dłuższy czas nie musi wcale oznaczać oziębłości. Częstokroć właśnie wstrzemięźliwość wyraża miłość lepiej niż akt małżeński. A jak już mówiłem, człowiek nie jest zależny od swoich popędów. Zwłaszcza gdy ma w sobie miłość. Co do zamożności - jeśli małżonków stać z powodzeniem na kolejne dziecko, a na przeszkodzie nie stoją problemy natury np. zdrowotnej, piękną rzeczą jest przekazać życie dalej. Pamiętajmy - jedynym pewnym środkiem antykoncepcyjnym jest całkowita wstrzemięźliwość seksualna. Możemy więc powiedzieć, że Kościół wręcz popiera antykoncepcję ;).
Nie wiem czy to Was przekonuje (już widzę tony komentarzy), nie wiem czy przekonywało swego czasu moją narzeczoną gdy zapowiadałem, że w naszym łóżku nie będzie antykoncepcji. Wiem natomiast, że cieszę się, iż są ludzie których to przekonuje. Czego Wam wszystkim życzę.
PS. Co do spirali wewnątrzpochwowych - to już jest aborcja. Spirala podrażnia bowiem wnętrze kobiecego łona, tym samym zabijając rodzące się tam życie.
PPS. Proszę bez kometarzy w stylu "ty, kleryk, musisz mieć bogate życie erotyczne". Nie mam.
komentarze [13]
Indeks notek
He's got the whole world in His hand
wtorek, 20 września 2005 || 00:32:24
Ta notka miała być o antykoncepcji, ale pojawiło się parę okoliczności które w jednej sekundzie zmieniły moje plany. Przepraszam Cię Animaedimidium, obiecuję że zamówiona przez Ciebie notka pojawi się jeszcze zanim zniknę w seminarium.
Dwa powody dla których zmieniłem plany: 1. Temat zbyt ciężki i póki co mam za mało argumentów (choć wyrobione zdanie), 2. Film, który obejrzałem przed chwilą.
Film pewnie oglądała większość z Was lub przynajmniej spora część. Nosi tytuł "Lot skazańców" (jeśli ktoś nie oglądał, nie musi czytać dalej tej notki) i muszę przyznać, że dawno nie oglądałem tak dobrego filmu. Ponieważ jakość filmu określam po liczbie wylanych łez, to muszę przyznać, że ten jest w czołówce. Ale jak to - zapytacie - przecież to pospolita strzelanka z niezłą obsadą. No i nie ryczałem przecież przez cały film. Pewnie że piękna była scena jak główny bohater wrócił do żony i córki, jak ratował policjantkę przed gwałtem czy kumpla przed śmiercią cukrzyczną. Ale nie, te fragmenty nie przyprawiły mnie o łzy. Był jeden, a właściwie dwa fragmenty które do tego doprowadziły. Film niesie w sobie bowiem ogromne, gigantyczne, aczkolwiek głęboko ukryte przesłanie. Przesłanie, które jest tytułem mojej notki.
Ale pewnie zapytacie co to były za sceny, które doprowadziły mnie do łez. Pierwsza, na której nie mogłem usiedzieć ze wzruszenia, to moment gdy samolot startuje ponownie po postoju na pustyni. Wtedy pojawia się dziewczynka, którą każdy oglądający uważa już za martwą, i macha swojemu nowemu przyjacielowi - choremu psychicznie zabójcy, na pożegnanie. Ale jak to się stało że ona żyje? Spróbujmy przypomnieć sobie przebieg ich rozmowy (mamusiu, ale mnie wkurzało napięcie jak oni ze sobą gadali, a tamci dobrzy się ze sobą kłócili w hangarze!). Dziewczynka pyta psychola czy jest chory, potem czy bierze leki. On mówi, że na to nie ma lekarstwa. I ona wtedy zadaje mu pytanie, czy zaśpiewa z nią piosenkę. Śpiewają właśnie "He's got the whole world in His hand". Potem ten człowiek wraca do samolotu z laleczką w ręce. No i przybiega dziewczynka... żyje.
Druga scena to ostatnie kadry - ta nieoczekiwana końcówka na którą wszyscy zawsze czekamy. W ostatniej scenie wyłapywania łobuzów nie pojawia się wogóle rzeczony morderca. Liczyłem na coś w rodzaju "pomóż głównemu", ale to się nie zdarzyło. Nagle Kena znajdują gliniarze i pytają się czy to nie dziwne, że w samolocie pełnym twardzieli znaleźli coś takiego. Po chwili sytuacja przenosi się do kasyna, gdzie krupier pyta nowego gracza "czy czujesz że masz dziś szczęście?" Zbliżenie na twarz - a tu nasz chory morderca. Odpowiedź pada: "O tak" i z niewiadomych przyczyn czuję, że nie tylko on jest dziś szczęśliwy.
No i gdzie tu jest przesłanie? Bardzo proste okazuje się odnalezienie go, jeśli ma się serce napełnione miłością. Bo co odmienia, leczy tego psychicznego mordercę, do którego legendy jak Kuba Rozpruwacz się nie umywają? Bóg. Miłość. Mężczyzna zostaje odmieniony, odmienia się przez nieskończoną miłość Boga i niewielką, ale szczerą miłość niczego nieświadomej dziewczynki. Dziewczynka za pomocą jednej piosenki i ogromnej troski o zdrowie towarzysza odmienia całkowicie życie człowieka, na którego chorobę nie ma lekarstwa. I ostatnia scena - ktoś mógłby powiedzieć, że tragiczna (morderca na wolności, kryjcie się niewiasty), to tak naprawdę obraz tego, że człowiek ma zawsze kolejną szansę. Jeśli tylko zechce próbować, Bóg da mu szansę. Drugą, czwartą, setną, tysiączną... Zawsze da szansę. Nasz bohater odmienił się, bo Bóg ma cały świat w Swojej dłoni. I dostał jeszcze jedną szansę na normalne, zdrowe, święte życie. Dlatego tak kocham ten film.
Ale powiecie - to tylko film. Tak, film. Ale film ukazujący, że Bóg istnieje i działa w ludziach. W dziecięcej piosence. W ciszy poranka. W blasku księżyca. W lekkim powiewie. W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie! Film pokazujący realność zbawienia, realność dobra w ludziach. Realność miłości. Miłości żyjącej w nas wszystkich. I we mnie i w Tobie. I w seryjnym mordercy. Miłości która nie wiadomo kiedy się wybudzi. Nie wiadomo kiedy. Ale może się to zdarzyć w najmniej spodziewanym momencie...
komentarze [13]
Indeks notek
Duchowa adopcja dziecka poczętego
sobota, 17 września 2005 || 02:26:24
Tą notkę dedykuję wszystkim którzy nie wiedzą czy aborcja jest złem czy nie i dlaczego. Tytuł notki nie do końca będzie odpowiadał jej treści, ale w skrócie postaram się wytłumaczyć go i jego istnienie tutaj. Otóż duchowa adopcja o której mowa jest to akcja od pewnego czasu propagowana w Polsce (nie wiem czy również szerzej w świecie) polegająca na przyjmowaniu na siebie odpowiedzialności za jedno dziecko nienarodzone, znajdujące się w niebezpieczeństwie śmierci. Przez dziewięć miesięcy modlimy się jedną dziesiątką różańca i specjalną modlitwą każdego dnia, dodatkowo wypełniając jakieś osobiste postanowienie (nieobowiązkowe). Modlitwa brzmi tak: "Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem świętego Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen". Do samego tematu tytułu dodam tylko, że moje dziecko ma już 6 miesięcy i 15 dni. Zostało adoptowane w dniu w którym zmarł Jan Paweł II. Cóż za piękna data by adoptować dziecko...
Ale co to ma wspólnego z tematem aborcji? Nie trzeba się domyślać. Przecież owa "zagłada" wspominana w modlitwie jest najczęściej właśnie aborcją. Nie mogę być pewny czy moje dzieciątko jest zagrożone aborcją, czy może jest poprostu słabym płodem albo matka jest chora (wogóle niczego nie mogę być pewny na temat mojego dziecka), ale z największym prawdopodobieństwem o aborcję chodzi. A aborcja jest to usunięcie płodu z łona matki, pseudonaukowo rzecz ujmując. Tak naprawdę jest to morderstwo, zabójstwo, i to w dodatku zabójstwo człowieka który nie może się bronić przed oprawcami. Ale przecież to żaden człowiek! To embrion zali tylko! Błąd! Embrion jest sobie embrionem i jest i kiedy przestaje nim być? No właśnie... To jest ciekawe, ale wytłumaczalne dzięki najprostszym zasadom metafizyki. Metafizyczna zasada tożsamości mówi nam o tym, że coś nie może być czymś tylko w kawałku. Że nie istnieją etapy przejściowe między czymś a czymś innym, co w tym wypadku byłoby jedynym rozwiązaniem - embrion jest jakimś przejściowym etapem między zygotą a człowiekiem. No i tu wrócę do pytania: gdzie więc kończy się embrion a zaczyna człowiek?
Aborcja jest grzechem zabójstwa i do tego zabójstwa własnego dziecka. Wiedziała o tym św. Joanna Beretta Molla która swoje czwarte dziecko urodziła w męczarniach chorobowych i zmarła tydzień potem. Ona była lekarką i wiedziała na co jest chora. Choroba wyszła na jaw dopiero gdy Joanna zaszła w ciążę. Lekarze proponowali usunięcie ciąży by uratować świętą. Joanna odmówiła. Swą heroicznością w życiu i w obronie życia zasłużyła sobie na Królestwo Niebieskie. Jej dziecko żyje do dziś i wdzięczne jest matce że pozwoliła mu się urodzić. Choć zgodnie z prawem mogła je zabić.
Ale ona była święta a my jesteśmy brudni. Co więc masz do powiedzenia o aborcji nam i sobie? Otóż najważniejszą sprawą dotyczącą życia jest to, że daje je Bóg. Bóg przekazuje w momencie poczęcia duszę człowiekowi by stał się on nieśmiertelny. Każde nowe życie jest cudem Bożym. Tylko Bóg decyduje tak naprawdę komu dane będzie zejść na nasz padół łez. Niestety, my już możemy decydować potem o tym komu będzie dane go opuścić. A jednak zastanówmy się, że każde życie dane człowiekowi jest świętością Boską, której to świętości my grzesznicy nie mamy prawa naruszać. Nikt nie ma prawa naruszać tego co daje Bóg. I dlatego aborcja jako zabójstwo człowieczka ledwo poczętego jest jeszcze większą zbrodnią niż zabójstwo człowieka, który może się bronić.
Ale słusznie zostało zauważone, co z kobietami które zostają zgwałcone i okazuje się, że są w ciąży. Ona ma np. 16 lat i całe życie przed sobą. A tu nie dość że gwałt (to może zniszczyć życie na zawsze) to jeszcze ciąża. Prawo w takim wypadku zezwala na dokonanie "zabiegu". A jednak ja zapytam: co różni to małe dzieciątko od drugiego poczętego tego samego dnia w małżeńskim łożu? A co je różni od tego które w swym łonie nosi prostytutka? A czym różni się od dziecka szesnastolatki która się zapomniała na imprezie? Albo czterdziestolatki po leczonym nowotworze? Niczym! Jest to takie samo niewinne i bezbronne dziecko które przychodzi na świat z woli i miłości Boga. Bóg dzieli się z nim swoją miłością dając mu życie. I jasne wydaje się, że trudno matce takie dziecko zaakceptować. Ale ono nadal pozostaje człowiekiem z woli Boga. Wiem, wiem dobrze, że nie jestem w stanie odnaleźć się w tej sytuacji, bo nie jestem zgwałconą kobietą w ciąży i nigdy nią nie będę. Jednak zawsze będę wierzył w to, że każde życie jest święte i każde musi być zaakceptowane.
Mam jeszcze całe mnóstwo do napisania o aborcji, ale myślę że to albo kiedy idziej (tjaaa), albo w komentarzach, bo dziś jestem już ledwo przytomny i muszę się położyć. Na koniec przytoczę jeszcze wiersz mojego autorstwa który napisałem pod wpływem lektury gazety "Wybieram Życie" znalezionej w seminarium miesiąc temu. Rzadko piszę wiersze, ale ten mi chyba wyszedł ;).
Modlitwa młodego męczennika
Kiedy miałem 3 miesiące
Ktoś powiedział że nie jestem człowiekiem
A tylko Embrionem
Kiedy miałem 3 miesiące
Mamusia powiedziała że w tym wieku z tym dzieckiem
Jej życie by było skończone
Kiedy miałem 3 miesiące
Jakiś pan z czarnym wąsem
Zeskrobał mnie z pomocą takiej ostrej szczotki
Dziś minął rok od tego czasu
I proszę Boga twarzą w twarz
O życie dla mej młodszej siostry.
komentarze [16]
Indeks notek
Wybory
czwartek, 15 września 2005 || 01:17:30
Witam! Ponieważ notki na tym blogu z jednej strony nigdy się nie przeterminowywują, a jednak muszą szybko odchodzić w cień, bo jest mnóstwo do napisania, dziś zasadzam kolejną. Pomysł na napisanie tej poddała mi moja ukochana przyjaciółka Maggie B. twierdząc, że temat jest dość nudny. Może i jest, ale nie dla mnie. A poza tym jak najbardziej na czasie.
Zaczniemy od tego jaki jest mój związek z polityką. Otóż tak się ciekawie składa, że praktycznie polityką nie interesowałem się nigdy. Zanim skończyłem 18 lat to mnie w sumie nie dotyczyło, a jak już skończyłem, to głosowałem tylko raz i to na kogoś, kogo kompletnie nie znałem. Polityka zaczęła muskać moje życie dopiero gdy wstąpiłem do seminarium. Ciekawa sprawa, bo w sumie niewiele się na ten temat mówi w owym gmachu. A jednak ta sprawa w dużej mierze oplata każdego kleryka. Głównie dlatego że ksiądz ma obowiązek pozostawania apolitycznym, jednocześnie, jak na ironię, biorąc aktywny udział w życiu państwa, kraju, narodu. Ale co to znaczy? Jeden z wykładowców przedstawił nam to tak: Decydowanie o losach państwa utrzymuje się na trzech poziomach - kandydowaniu, wypowiadaniu się na temat i głosowaniu. Pierwsza rzecz - zupełnie dla księdza niedostępna. Ksiądz nie ma prawa kandydować w żadnych wyborach (oczywiście nie mówię o wyborach na dziekana czy papieża na przykład ;), nie ma prawa zakładać żadnych partii politycznych oraz ukrywać się w cieniu jakiejkolwiek partii. Druga rzecz jest trochę bardziej skomplikowana, więc o tym później. Trzecia rzecz, czyli głosowanie, jest to ten punkt w którym ksiądz tak jak każdy inny obywatel wpływa na los swego państwa. Oddaje bowiem głos zupełnie anonimowo. Wróćmy jednak do rzeczy drugiej. Ksiądz nie ma prawa (przynajmniej nie powinien, choć są tacy, bardziej lub mniej znani, którzy tego nie przestrzegają) opowiadać się po stronie jakiejkolwiek partii czy jakiegokolwiek kandydata oficjalnie. Nie ma prawa grzmieć z ambony na temat wspaniałości jednego człowieka, a gnoić drugiego. Wyda się to oczywiste, jeśli spojrzymy na każdego człowieka i jego zmienną naturę. Przecież taki Iksiński, który dziś mówi że będzie ekstra i super wogóle może za tydzień podpisać ustawę aborcyjną. A taki Igrekowski wczoraj twierdził, że wolność dla wszystkich i eutanazja górą, a jutro okazuje się, że poszedł do spowiedzi, przyjął Komunię i wstąpił do zakonu. A przez tego księdza co krzyczał Iksiński został premierem, a Igrekowski stał się potępieńcem na wieki. Tak, co więc może ksiądz? Ksiądz może podkreślać CECHY dobre i złe, mówić: "Głosujcie na tych, którzy są przeciwko aborcji i eutanazji, na tych, którzy mają chrześcijańskie podejście do życia, którzy planują prowadzić politykę prorodzinną. Nie głosujcie na tamtych, którzy z troski o młode matki chcą zezwolić na zabijanie nienarodzonych, którzy zamierzają wprowadzić wielki dobrobyt poprzez zmniejszenie dotacji na szkolnictwo i rozwijające się rodziny". To mogą księża. Bez wymieniania nazwisk. Świetny tego przykład mamy w opisywanym przeze mnie kilka notek niżej filmie "Karol...", gdzie Karol Wojtyła rozwala komunę bez wymienienia choćby jednego nazwiska i bez najeżdżania na komunę samą w sobie. To samo powinien robić każdy ksiądz.
Ksiądz powinien jednak przede wszystkim nawoływać do sumień Polaków. Krzyczeć nie tyle by głosować na te konkretne osoby, lecz by głosować wogóle. Liczba osób głosujących w naszym kraju maleje z wyborów na wybory. To świadczy tak naprawdę o jednym: o ogromnej znieczulicy na losy Ojczyzny. Jasne jest to, bo przecież tylko w ten sposób większość z nas może wpłynąć na losy Polski. Tylko idąc na wybory i oddając głos możemy być pewni, że w demokracji nasz los zależy właśnie od nas. Oczywiste jest jednak, że nie idąc na wybory także mamy wpływ na to, co się dzieje. Wybieramy wtedy tego, który uzyskał najwięcej głosów. Ale wyobraźmy sobie, że to wcale nie musi być dobry wybór. Bo tak naprawdę siedząc w fotelu pokazujemy, że nie obchodzi nas w jakim kraju będziemy żyć, będziemy spędzać nasze życie. Siedząc w fotelu w czasie wyborów pokazujemy sobie i światu że Polacy są takim narodem jakim byli przed rozbiorami - rozmemłanym, pogrążonym w dekadencji i zawiści do siebie nawzajem. Nie wiem tylko czy potrzebne nam są kolejne rozbiory, byśmy znów wybudzili się z marazmu. Czy potrzebna nam kolejna wojna, byśmy znów stanęli do walki o swoje. Czy potrzebny nam jeszcze jeden Wielki Brat, by pokazać sobie, że zależy nam na naszym losie. A powiadam Wam, to może nadejść niedługo. Właśnie przez to, że tego dnia zostajecie w fotelu z pilotem w ręku. Ja tego dnia będę przy urnie. I choć nie dowiecie się na kogo oddałem swój głos, wiem, że nie będzie on stracony. Bo mnie obchodzi los mój i Was wszystkich. Apeluję do Was, którzy ukończyliście już 18 lat, spotkajmy się tego dnia w salonach wyborczych! A do większości moich czytelników - za 5 lat też będziecie pełnoletni. Zastanówcie się nad losem Polski już teraz...
komentarze [16]
Indeks notek
Pismo Święte a Święta Tradycja
poniedziałek, 12 września 2005 || 00:54:42
Tą notkę piszę pod wpływem komentarza użytkowniczki zwącej siebie Animaedimidium i muszę zauważyć, że ostatno dość często mi się zdarza zostawiać notki pod wpywem czyjejś sugestii. W sumie to bardzo dobrze, w końcu o to tu chyba chodzi. Dzięki Duszyczko! A właściwie to Połówko Duszyczki! ;)
Zacznę od przytoczenia pełnej definicji Pisma Świętego. Otóż "Pismo Święte jest to zbiór Ksiąg Starego i Nowego Testamentu uznanych przez Kościół za natchnione, a stanowiący wraz z Tradycją jeden depozyt wiary i jedną regułę". Co to jest Pismo Święte wszyscy wiemy, "natchnionych" i Kościół jesteśmy w stanie zrozumieć. Nawet ten depozyt i regułę jakoś takoś rozgryziemy. Ale czym do diaska jest ta cała Tradycja, że się ją pisze z dużej i stawia na równi z Pismem Świętym? Otóż najprościej mówiąc Święta Tradycja jest to ogół prawd objawionych nie zawartych w Piśmie Świętym. Dziwne? Podam przykład - taka św. Weronika, która otarła twarz Panu Jezusowi w Biblii nie jest wspomniana ani razu. A jednak wszyscy wierzymy w jej istnienie...
Protestanci nie wierzą w Tradycję, uznają tylko Pismo Święte. Największym argumentem świadków Jehowy jest to, że "tylko Pismo". Naszym natomiast kontragumentem, że wcale nie prawda. Ale jak to, spytacie pewnie, bo z dużym prawdopodobieństwem wielu z Was nigdy nie słyszało o czymś takim jak Tradycja i teraz pewnie opowiadacie się po stronie protestantów. Ja też byłem oburzony gdy pierwszy raz na patrologii (o tym kiedy indziej*) usłyszałem o Tradycji, która jest równa w swej ważności Pismu Świętemu. Ale na szczęście już wkrótce, najpierw na patrologii właśnie, u o. Piotra, potem również na wstępie do teologii u ks. Gacki, zostało mi to pięknie wyjaśnione.
Na patrologii dowiedziałem się, że nasza wiara ma trzy źródła: Pismo Święte, Świętą Tradycję i Kościół Chrystusowy. Wszystkie one w jakiś sposób od siebie zależą. Ale jak? O. Piotr powiedział to na przykładzie Nowego Testamentu (zresztą tłumaczył to też podobnie ks. Niemirski od Pisma Świętego). Otóż był sobie Jezus. Jezus nauczał, ustanawiał Sakramenty, powoływał uczniów, wreszcie w wieku 33 lat (gdzieś koło 30 po Chrystusie ;) zginął za nasze grzechy. Mija 30 lat i święty Paweł pisze swój pierwszy list. Hej hej, hola hola! Czyżby to oznaczało że od śmierci Mesjasza do pojawienia się pierwszego rozdziału Nowego Testamentu mija aż 30 lat? Owszem. Wszystko co wiedziano o Chrystusie przez ten czas krążyło jako przekaz ustny z ust do ust, z uszu do uszu. Byli ci, którzy znali Jezusa osobiście, byli i ci, którzy tylko o nim słyszeli. I to jest właśnie Tradycja! Tradycja, która przekazywana z ust do ust wreszcie została przelana na papier (tzn. prędzej na zwój skórzany, ale nie czepiajmy się). Do tego ktoś to musiał napisać, a ważne było też zatwierdzenie Księgi przez Kościół. Ojciec Turzyński zadaje w tym miejscu pytanie: "Czy wydaje wam się, że Pismo Święte zostało skserowane przez Boga na Ziemię, albo wysłane e-mailem?" Jasne, że nie! Ono musiało być napisane i napisane zostało. W dość dużym okresie czasu. A co to znaczy "zatwierdzone przez Kościół"? Nie, bynajmniej nie zbierała się komisja badająca księgę i stwierdzająca jej kanoniczność. By Księga weszła do kanonu, musiała spełniać trzy warunki (które rzecz jasna zostały wybadane lata później, nikt ich wcześniej nie stawiał!): 1. Musiała być napisana przez Apostoła lub jego bezpośredniego ucznia, 2. Musiała w szybkim czasie rozprzestrzenić się po całym Kościele (rozumiecie, św. Paweł pisze do Rzymian, a za pół roku ten list czytają w Kościele w Egipcie, Atenach, Jerozolimie...), 3. Nie mógł zawierać ewidentnych kontrowersji. I to wszystko zostało spełnione, choć nikt się wtedy nad żadnymi zasadami nie zastanawiał! Dlatego jeśli Jehowcy mówią że tylko Pismo, to trzeba spytać kto je zredagował, kto je zatwierdził i skąd się wzięło. Nie ma na to w tym wypadku dobrej odpowiedzi.
No dobrze, ale miało być o Tradycji, a ja się znów nie na temat rozpisałem. Jak więc widzimy Pismo Święte wypłynęło z Tradycji właśnie. Ale dobrze, jak już wypłynęło, to możemy się tym już nie zajmować tylko pozotać przy tym "tylko Pismo". I tu przytoczę piękny schemat, jaki zastosował ks. Gacka: Jeśli przyjmiemy, że całe objawienie Boże jest jak woda w oceanie, to Święta Tradycja jest zaledwie manierką wody oceanicznej. A gdy tą wodę wysuszyć, to ten kryształek który został na dnie manierki to właśnie Pismo Święte. Po tym schemacie możemy prosto wywnioskować, że Tradycja jest o wiele bogatsza niż Pismo Święte. Jest tylko jeden wielki plus Biblii nad Tradycją. Do Tradycji mogą się wdzierać kontrowersje ze świata ludzi. Do Pisma Świętego nie. Ale wróćmy do Tradycji. To co w PŚ jej nie wyczerpuje. Dlatego Tradycja była jeszcze przez wiele wieków przelewana do ksiąg wielkich Ojców Kościoła takich jak św. Augustyn, św. Justyn Męczennik czy Orygenes. Skład Apostolski (wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego...) mógł zostać napisany równolegle do wielu ksiąg Nowego Testamentu. W listach Ojców Apostolskich (tych, którzy mogli osobiście znać Apostołów) mamy piękne opisy Liturgii, a późniejsi Ojcowie korzystając z Pisma Świętego i dzieł wcześniejszych Ojców odkrywają takie prawdy wiary jak Jeden Bóg w Trzech Osobach czy Jezus - prawdziwie człowiek i prawdziwie Bóg. Tradycja krąży wokół Pisma Świętego ale i wokół nieopublikowanej nauki Jezusa i Jego uczniów. I stąd właśnie taka wielka rola Świętej Tradycji. A protestanci nie doceniając jej sami sobie przeczą. Bo skąd, powtarzam, wzięło się Pismo Święte, jak nie z ustnej Tradycji?
Co się zaś tyczy innej tradycji Kościoła, tej przez "p" małe, to już zupełnie inna historia. Mogę tylko powiedzieć, że bywa ona dobra, a bywa i taka, że trzeba się jej jak najszybciej pozbyć. Ale o tym może już innym razem*.
*Musicie mi kiedyś przypomnieć o tych wszystkich "kiedy indziej" i "innym razem" bo już ich się kilka narobiło...
komentarze [11]
Indeks notek
Przepisy liturgiczne
środa, 7 września 2005 || 13:59:20
Zgodnie z zapowiedzią zamieszczam nową notkę, a ponieważ poprzednie, dość kontrowersyjne, wzbudziły poważne dyskusje, dziś zejdę na jakiś łagodzący, przyziemny (liczę na to że jednak nie nudny) temat. Przepisy liturgiczne.
W czasie minionego roku miałem dwa przedmioty poświęcone mniej lub więcej zagadnieniu przepisów liturgicznych: liturgika oraz muzyka i śpiew kościelny. Na liturgice poznawaliśmy podstwowe zagadnienia dotyczące szat liturgicznych, mszału. Tego po której stronie idzie wino do ołtarza, a po której woda. Tego w jakiej kolejności nakłada się szaty liturgiczne. Tego, że najnowsze przepisy mówią, że jeśli służba liturgiczna przechodzi na drugą stronę prezbiterium, to nie klęka do Tabernakulum, a jedynie kłania się do Ołtarza. No bo jasne, że trzeba cześć oddać Najświętszemu Sakramentowi, ale gdy już jest przemieniony na Ołtarzu, to w którą stronę klękać? Uczyliśmy się tego co może a czego nie może robić ministrant, lektor, akolita, diakon. Jakie są obowiązki kapłana przy Ołtarzu. Tego, że kazanie może mówić tylko kapłan celebrujący (także koncelebrujący) Mszę Świętą lub diakon wyznaczony przez głównego celebransa. Żaden ksiądz nie może sobie wejść w czasie Mszy, podejść do ambonki i powiedzieć kazanie, a potem opuścić kośćiół i iść sobie telewizor obejrzeć. Uczyliśmy się tego, że wstęp i zakończenie modlitwy wiernych odczytuje zawsze główny celebrans, a nie ksiądz który akurat stoi przy ambonce. A także tego że na ołtarzu lub w jego pobliżu stoją dwie, cztery, sześć lub siedem (jeśli Mszę celebruje biskup) świec. A nie trzy. I tego, że w każdym prezbiterium powinien być tylko jeden krzyż.
Na muzyce zaś uczyliśmy się melodii psalmów. Musieliśmy je wszystkie umieć zagrać na pianinie i zaśpiewać. Mówiliśmy o prawidłowym intonowaniu i wykonywaniu pieśni litorgicznych oraz o tym, że każda wykonywana w czasie Mszy Świętej pieśń liturgiczna powinna posiadać imprimatur, czyli potwierdzenie biskupie. Nie można wykonywać ani świeckich pieśni, ani np. pieśni oazowych które imprimatur nie posiadają. Uczyliśmy się także tego że "Godne to i sprawiedliwe" śpiewa się przez dwa "i" w ostatniej sylabie oraz że między "królestwo" a "potęga" także występuje "i" - a całość brzmi "Bo Twoje jest królestwo i potęga, i chwała na wieki".
No dobrze. Więc są te przepisy. A po co? Prosta sprawa. Przepisy liturgiczne zawarte we wszystkich księgach liturgicznych oraz w niektórych dokumentach Kościoła służą temu, żeby pomóc utrzymać jedność Kościoła. Co to znaczy? Wyobraźmy sobie, że ktoś wymyślił sobie, iż w naszej parafii nie będziemy przekazywać znaku pokoju. Bo i po co? I to się przyjmuje. Zaczyna się przemieszczać. I nagle cały lokalny Kościół traci tak ważny element liturgiczny... Wchodzą nowe zmiany, powstaje odłam. Przykład z życia? Oława - domniemane objawienie Matki Bożej, która przekazuje księdzu informację, iż Komunię Świętą można przyjmować jedynie w pozycji klęczącej. Ksiądz twierdzi, że to prawda, wierni uznają że ma rację. Nie tylko Oławianie, cale mnóstwo innych ludzi też wierzy stukniętemu księdzu (nie aż tak stukniętemu jak ja, ale wciąż stukniętemu). Jeśli widzicie u siebie w parafii panie które zamiast ustawić się w rzędzie do Komunii na siłę pchają się obok by klęknąć, prawdopodobnie należą do związku obrońców Oławianego księdza. Tym czasem w Oławie już od dawna nie ma parafii rzymskokatolickiej. Ksiądz czmychnął na zachód i sieje plotki i oskarżenia pod adresem naszych biskupów, że nie uznają prawd objawionych. Stworzył się nowy Kościół... To właśnie mówił do nas ks. Rot, ten od muzyki - "Jeśli chcecie śpiewać swoje melodie, to załóżcie sobie swój własny Kościół i będziecie mogli śpiewać co chcecie i jak chcecie". Oczywiście, przepisy ułatwiają także oddawanie czci Bogu.
Chciałbym tylko dodać, że jakkolwiek ta notka nie brzmiałaby nudno, to ksiądz Skrok od liturgiki i ksiądz Rot od muzyki wkładają tyle serca w naukę swoich przedmiotów, że nauka przepisów liturgicznych przychodzi z największą przyjemnością. Widać, że ci ludzie żyją tym, co robią.
komentarze [9]
Indeks notek
Z nich zaś największa jest Miłość
poniedziałek, 5 września 2005 || 15:13:10
Dostaję różne komentarze na temat poprzedniej notki, ale ostatni komentarz zaintrygował mnie do napisania kolejnej notki (dzięki, Coexist). Muszę powiedzieć o co dokładnie chodzi. Chodzi o to, że wszyscy znający się na Biblii choć troszeczkę wiedzą, że największa jest miłość. Ale niewielu wie czym ta miłość jest naprawdę.
Większość uważa zakochanie już za miłość. "Mamo, ale ja go kocham!" krzyczy dziewczyna matce w twarz gdy ta nie pozwala jej na wyjazd pod namiot z chłopakiem poznanym dwa miesiące wcześniej. Dziewczyna jest zakochana. Chłopak jest fajny, przystojny, romantyczny. Wprawdzie ona go nie zna ale motylki fruwają jej w brzuchu na jego widok. Jadą razem pod namiot, tam odbywa się jej inicjacja seksualna. Ona wie, przecież gdyby go nie kochała, nie przespałaby się z nim nigdy.
Dziewczyna mu ufa. Ufa, że on nie zrobi jej krzywdy. Ale nie za bardzo zastanawia się jeszcze, czy ona nie zrobi krzywdy jemu. Myśli egoistycznie. Czy ona mu się podoba, czy on ją pocałuje czy nie... To normalne dla zakochania. Widzisz drugą osobę tylko o tyle o ile ona jest dla Ciebie. Ja też to przechodziłem, każdy to przechodził. Druga osoba jest wspaniała, niedościgniona, jedyna, a wybrała właśnie Ciebie! Kochasz go? ...Nie, jeszcze nie kochasz...
Mija czas (dajmy dziewczynie spod namiotu spokój) i nagle zauważasz, że on ma pryszcze na nosie. Dowiadujesz się, że nie lubi psów, a "radia to on słucha w pogodę". Zaczyna przychodzić na randki w wytartych spodniach albo zapoznaje Cię z jakimiś typami spod ciemnej gwiazdy. Lubi słuchać Brintey, a Ty wolisz Enrike. Przez jakiś czas jeszcze latają te motylki w brzuchu, ale potem ulegają strawieniu. Chłopak powszednieje. Mimo tego jesteście razem...
Nagle okazuje się, że facet spotyka się z kimś kto bierze narkotyki. Zaczynasz się denerwować. Nie o siebie, jak to będzie wyglądało że się spotyka dziewczyna z facetem co ma kumpli narkomanów, lecz o niego, żeby nie wpadł w to. Rozmawiacie na ten temat długimi godzinami. Na inne tematy też rozmawiacie. A jak pokój przystroić, a co założyć jutro do szkoły, a ten obraz czy ci się podoba... Nie ma już motylków, jednak pozostaje coś co każe Ci się troszczyć o tą drugą osobę, zapominając o sobie. Pozostają rozmowy, razem spędzony czas i nieustanna troska. To właśnie jest miłość.
Początkiem miłości między chłopakiem a dziewczyną najczęściej jest zakochanie. Ale nie jest ono konieczne. Zakochanie jest bowiem uczuciem. A miłość to akt woli. Nie wynika ona z żadnych emocji czy wyskoków, lecz jedynie z Twojego własnego wyboru. To Ty decydujesz, czy będziesz tego człowieka kochać, czy będziesz się o niego troszczyć, czy jesteś w stanie poświęcić mu swe życie. I stąd przecież przysięga małżeńska "ślubuję ci miłość". Uczuć nie da się ślubować, bo uczucia przemijają. Miłość natomiast nie przemija. Można postanowić że będziesz się troszczyć o tą osobę do końca życia, bez względu na wzgląd (to jest miłość), ale nie można postanowić, że już nie będziesz. Dlatego nie może być mowy o kościelnych rozwodach.
A teraz związek tej notki z notką poprzednią. Miłość jest ciągłą troską o kochaną osobę. A nasza cielesność jest czymś niezwykle intymnym, co chcemy ofiarować tylko komuś naprawdę bliskiemu, kogo kochamy. Jednak nie możemy mieć pewności, czy z tą osobą będziemy na zawsze. Możemy zagwarantować że będziemy go/ją kochać bo już go/ją kochamy. Ale nie możemy zagwarantować, że on/ona nas kocha. Dopóki nie przysięgnie nam tego na ślubie. Dlaczego zachowywać czystość przedmałżeńską? By nie zranić tej drugiej osoby, ale także by nie zranić siebie. By nie zranić naszego/jego/jej ewentualnego przyszłego męża/żony. Bo to co najcenniejsze powinniśmy oddawać tylko tym, których naprawdę kochamy. Z wzajemnością. I kiedy mamy tego gwarancję...
komentarze [12]
Indeks notek
Czystość gwarantem człowieczeństwa
poniedziałek, 29 sierpnia 2005 || 01:23:20
Witam! Nie wiem, czy w obecnej chwili napiszę to co mi leży na sercu, bo jestem trochę zmęczony, ale postaram się. Właściwie muszę Wam powiedzieć, że czystość to coś co leży mi na sercu najbardziej i bynajmniej nie chodzi o mycie się. Piszę o czystości płciowej, seksualnej. Ale co mogłoby oznaczać że czystość jest gwarantem człowieczeństwa?
Ostatnio piękna niewiasta zadała mi pytanie, czy gdy złapie mnie chcica, wystarczy że się pomodlę i mi przechodzi. Zdziwiła się wielce gdy powiedziałem, że owszem - modlitwa wystarczy. Nie zrozumiała tego, bo (jak wiele młodych ludzi) gdy odczuwa ochotę, najczęściej daje jej upust. Ale spójrzmy czym jest ta "chcica" czyli prościej mówiąc - pociąg seksualny. Jest to odruch związany z instynktem i uczuciami. Typowo zwierzęcy odruch (a człowiek przecież też ma w sobie coś ze zwierzęcia). Wnioskować z tego można, że gdy widzę ładną dziewczynę, czuję się jak zwierzę. Ale uwaga - nie ma w tym nic złego. Przecież człowiek jest człowiekiem o tyle o ile umie panować nad swą zwierzęcością. Ale jeśli ja czuję chcicę i daję jej upust - wtedy staję się zwierzęciem. Proste i ligiczne. A jednocześnie daje nam odpowiedź na pytanie dlaczego czystość jest gwarantem człowieczeństwa. To dotyczy zarówno wszelkiego rodzaju zachowań seksualnych, jak i masturbacji!
Ja często odczuwam pociąg seksualny. Jestem człowiekiem, to naturalne. Ale wtedy wiem że wystarczy poprosić Boga, by pomógł mi to pokonać. I to rzeczywiście działa! Bądź co bądź - seksualność nie jest rzeczą której nie da się pokonać. Po to Bóg dał nam wolność i rozum. A ja zamierzam ślubować przecież celibat...
Co zaś tyczy się seksu w małżeństwie czyli czystości jako gwarancji miłości - to już temat na inną notkę.
komentarze [7]
Indeks notek
Krzywe spojrzenie na Kościół
piątek, 26 sierpnia 2005 || 01:00:06
Mój powrót po trzech tygodniach (sprawy pokutnicze) zaczyna się od tematu, który właśnie dziś szczególnie mnie poruszył. Spotkałem się z kolegami z liceum z których jeden od dawna był antyklerykałem (choć nie zdarzało mu się tego podkreślać dość mocno) i posiedziałem u niego chwilkę. Opiszę krótko sytuację: byłem indagowany. Zadawano mi pytania które tak naprawdę miały upokorzyć mnie jako kleryka, czyli "tego, który kocha Kościół". Wrzucano nie na mnie, lecz na Kościół właśnie (znane rzeczy - a to że panienki, a to że pieniądze, a to że ojciec Rydzyk). W pewnym momencie powiedziałem, że czuję się jak ksiądz z filmu "Karol" podczas obiadu u hitlerowców - i wyszedłem.
Teraz może sprecyzuję o co mi właściwie chodzi. Nie, nie mam żalu do kolegi i jego znajomych, choć mogłoby na to wyglądać. Mam żal do takiego krzywego spojrzenia na Kościół, które podaje do wierzenia świat. Polityka, media, wpływowi ludzie. A potem maluczcy wierzą w to, że Ratzinger wstąpił do seminarium, bo się bał odpowiedzialności za Hitler Jugend. Informacje są z tego świata. Z tego, z którego nie jest Królestwo Niebieskie. Na tym świecie zło ma przewagę a złe informacje (także te kłamliwe) rozchodzą się najszybciej i są najlepiej przyjmowane. A potem nie wiem jak ja czy inni bracia w wierze mają udowodnić, że to nieprawda...
No dobrze, ale skoro to co podają "Fakty i mity" nie jest prawdą, to co jest? Prawdą, najpierw, jest to, że Kościół założył Chrystus, by utrzymać wiarę w Niego na całym świecie i po wszystkie czasy ("A mury piekielne go nie przemogą"). Potem prawdą jest to, że już Apostołowie pogrążeni byli w grzechach, a Maria Magdalena pierwotnie była prostytutką. Święty Augustyn pisał, że Kościół to Casta Meretrix - Czysta Ladacznica. Należą od wieków i należeli do niego i święci i grzesznicy. Są dobrzy i źli księża, dobre i złe zakonnice. Ale to znów zły podział - bo w każdym z nas jest skłonność do zła i miłość, by czynić dobro. Każdy członek Kościoła bywa lepszy i gorszy. Są ci którzy są gorsi częściej (o tych piszą "Fakty i mity"), są i ci którzy są lepsi częściej (o tych nikt zazwyczaj nie pisze). Kościół był i będzie świętą wspólnotą, bo założył Go Jezus dla naszego zbawienia. A to, że są w nim grzesznicy... Spójrz na siebie Bracie. Spójrz na siebie Siostro. Świat krzywo patrzy na Kościół. On nie jest tylko zły. On podnosi się z upadków. Na tym polega świętość...
komentarze [7]
Indeks notek
Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu
środa, 3 sierpnia 2005 || 20:48:46
Ludzie pytają często jak wygląda sprawa dyscypliny w seminarium. Czy często chodzą, sprawdzają pokoje, czy badają jak przestrzegasz studium i jak zachowujesz się w czasie ciszy nocnej. Zadają pytania, a ja na nie odpowiadam: A jak często Twoi rodzice badają co robisz po szkole? Czy Twoi nauczyciele na każdej przerwie odwiedzają zadymioną toaletę? Ile osób z tych, które nie powinny się dowiedzieć wiedzą o tym, że pijesz alkohol? Zadaję te pytania nie po to by usprawiedliwić kiepskie zachowanie kleryków czy słabą kontrolę seminarium, ale po to, by podkreślić to hasło: Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu.
Nie, w naszym, radomskim seminarium rygor nie jest wielki. Prefekci nie chodzą po pokojach w czasie trwania zajęć czy studium codziennie, chociaż mogliby. Nie pojawiają się codziennie po modlitwach wieczornych i nie rozganiają każdej napotkanej bibki, chociaż by im nie zaszkodziło. Nie sprawdzają, czy w swoim seminaryjnym komputerze nie masz przypadkiem karty telewizyjnej, choć to zabronione. I nie zabierają komórek jak dzwonią o 22.00, chyba że po poważnym apelu. No właśnie - nie robią tego, bo apelują do naszych sumień. Codziennie na kazaniu ojciec duchowny podkreśla jakiś poważny, moralny temat. Na etyce czy teologii moralnej uczymy się co jest złe a co dobre i dlaczego. Rektor czasem robi zebrania alumnatu by podkreślić na czym polega życie alumna. Ale to od nas samych zależy co my zrobimy z tym co nam mówią, od nas zależy czy postanowimy być klerykami świętymi czy niedzielnymi klerykami. Nie wolno nam pić alkoholu podczas trwania formacji. Ale to od nas zależy czy podczas wakacji nawalimy się z kumplami, żaden prefekt nas nie będzie śledził. Obowiązuje nas celibat. Ale to ja decyduję o tym, czy będę miał na boku dziewczynę, cz nie. Klerycy nie palą papierosów, tak mówi regulamin. Ale to ja wybieram, czy ten regulamin może mi posłużyć za papier toaletowy, a piwnica za tajną palarnię. Wszystko, powtarzam, wszystko rozgrywa się tu - w środku. W naszym własnym sumieniu.
I to także dotyczy Was. Bo ksiądz czy kleryk to człowiek jak każdy inny, który ma swoje słabości i problemy. To człowiek który tak jak każdy inny próbuje coś tam oszukać, przekręcić. Który grzeszy. Ale od naszego własnego "Ja" zależy, czy będziemy tego żałować, bo wiemy że jest złe, czy będziemy udawać świętych, choć regulamin mówi "nie". I to od nas zależy czy będziemy dobrymi, uczciwymi księżmi, mężami, robotnikami, lekarzami, rolnikami, pielęgniarkami, ludźmi poprostu. Rektor, prezydent, matka, ojciec, Pan Bóg ustalają przepisy które mówią: to jest złe, to jest dobre. Ale to od nas zależy co my z tym zrobimy. Apeluję więc do Waszej wolności i do Waszego sumienia! Nie dajcie się zwyciężyć złu, lecz zło dobrem zwyciężajcie! Apel kieruję również w moją stronę...
komentarze [3]
Indeks notek
Memento mori
czwartek, 14 lipica 2005 || 17:06:07
Dziś odbył się pogrzeb taty Czipsatej - jednej z qrczaków (chcesz poznać qrczaki - kliknij na podobiznę qrczaka na dole strony) i to wywołało u mnie refleksję nad śmiercią. Padają trzy pytania - Jak śmierć bliskiej osoby przeżywano kiedyś? Jak przeżywa się ją dzisiaj? Czym jest śmierć i o czym powinniśmy w związku z nią pamiętać?
1. Kiedyś śmieć przeżywało się jako przejście. Jeśli nie była nagła i niespodziewana, czuwano przy łóżku umierającego, modlono się z nim, słuchano jego ostatniej woli. Wszyscy czekali aż bliska osoba umrze i nie dlatego, że wreszcie będą mieli spokój, lecz dlatego, że właśnie idzie do Domu Ojca. Jeśli śmierć była nagła i niespodziewana wiedziano, że Bóg zabrał tą osobę tak nagle z jakiegoś powodu, albo poprostu - że chciał ją mieć u siebie. Płakano, to jasne, ale pamiętano, że od tej pory człowiek ten będzie naprawdę szczęśliwy. Wielu ludzi modliło się o śmierć, marzyli bowiem o ujrzeniu Boga twarzą w twarz. Wielu marzyło o męczeństwie za wiarę.
2. Dziś, kiedy na ziemi powoli zaczyna "panować" cywilizacja śmierci, paradoksalnie śmierć stała się tematem tabu. Jeśli mówi się "kiedyś umrę" natychmiast ktoś z twoich bliskich odpowie: "Nawet tak nie mów". Ludzie żyją chwilą, tym co teraz, tym co przyjemne i przyziemne, a śmierć nie należy do tych rzeczy. Dlatego o śmierci własnej czy kogoś bliskiego boją się nawet myśleć. To przecież skończyłoby ich życie... Śmierć ukazywana jest w horrorach i sensacjach, lecz nie jako odejście i przejście, lecz jako łatwo sprzedawalny towar. Życie, które diametralnie różni się od filmu, wogóle nie dopuszcza do siebie świadomości śmierci. I dlatego albo starcy umierają w hospicjach bez kogokolwiek przy swoim boku, albo śmierć kogoś bliskiego staje się życiową tragedią, której nikt się nie spodziewał.
3. Jezus Chrystus umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia. Tym samym ukazał nam, że życie to dopiero początek. Życie nie może, nie powinno być zlepkiem przyjemności które nie dopuszczają do siebie myśli o śmierci, lecz właśnie myśleniem o śmierci na całej rozciągłości - "memento mori". To może wydawać się dziwne, ale nie jest. Bo śmierć nie jest żadnym końcem, lecz właśnie początkiem. Śmierć jest tym, co zaczyna nasze życie a nie kończy je. Ona z tego świata, na którym trwamy lat kilkanaście czy kilkadziesiąt, przerzuca nas do tego świata, gdzie przez całą wieczność będziemy oglądać oblicze Boga. Dlatego właśnie musimy cały czas myśleć o tym, że nie tylko każdy z naszych najbliższych kiedyś odejdzie, ale że i na nas to przyjdzie. I że nie mamy pojęcia kiedy. Bo to może wydarzyć się w późnej starości, a może jutro, kiedy będziemy przechodzić przez ulicę. Nikt z nas nie wie kiedy przyjdzie Oblubieniec i zaprosi nas na wesele. Dlatego wciąż pamiętając, że to może przyjść w każdej chwili, w każdej chwili musimy być gotowi na odejście do Domu Ojca.
Jasne jest, że śmierć naszych bliskich wywołuje w nas łzy i wspomnienia. Ale nie możemy bać się śmierci, chyba że nie jesteśmy na nią gotowi. Bo śmierć jest tak naprawdę najpiękniejszym momentem naszego życia. Możecie powiedzieć, że "nie wie co gada bo mu nikt bliski nigdy nie umarł". Macie rację. Nie wiem jak będzie kiedy umrze mi ktoś bliski. Ale modlę się bym przeżył to tak, jak napisałem tutaj. I powiem Wam jeszcze coś - nie boję się własnej śmierci.
Gdybym umarł Jezus żyłby we mnie
Gdybym umarł odpocząłbym
Przyspiesz, przyspiesz moją śmierć
Pragnę umrzeć aby żyć.
W tej chwili mówię Wam "z Bogiem" bo wyjeżdżam na wczasy. Będę z początkiem sierpnia. Obiecuję za Was swoją modlitwę.
komentarze [2]
Indeks notek
|